A tymczasem w Danii...

To content | To menu | To search

Tuesday, July 19 2016

Orka na ugorze czyli handel na trotuarze

Od jakiegoś czasu czuję się w Danii, jak pod koniec komuny w Polsce albo w czasach transformacji. Jak się przywoziło coś z NRD albo Czechosłowacji, czego w Polsce nie było i się szło na rynek to sprzedać. Nienawidziłam tego, ale musiałam, bo nie wypadało, żeby mama - polonistka w lokalnej szkole średniej - stała na rynku z sokownikiem albo z ubrankami dla niemowlaków.

Od początku sezonu turystycznego w Aarhus w tym roku było jasne, że powrócę na chwilę do tego epizodu w mojej karierze, bo jakoś nasze pamiątki musimy sprzedać. Lokalna organizacja turystyczna VisitAarhus zaoferowała użyczyć nam powierzchnię w swoim kontenerze, gdzie mieści się Informacja Turystyczna aż dwukrotnie, kiedy miasto odwiedziły wielkie rejsowe statki, na chwilę zatem trzeba było wcielić się w wesołego i przyjaznego, ale nie nachalnego sklepikarza.



IMG_0310_2.jpg


IMG_0389_2.jpg


IMG_0392_2.jpg


IMG_0805_2.jpg


Możecie zapytać czemu Informacja Turystyczna jest w takim miejscu i na dodatek w kontenerze? Cóż, mi się pozostaje tylko cieszyć, że w ogóle jest, choć w tym kontenerze przebywa tylko w sezonie rejsowym, czyli od czerwca do września, w strefie powitalnej na nadbrzeżu. Konkretnie jest to 26 dni w tym roku. Poza nimi, Informacja Turystyczna w Aarhus jest tylko wirtualna, co im będą jacyś turyści głowę zawracać! Niech sobie ściągną aplikację na smartfona. Zatem możliwość sprzedaży w kontenerze była dla nas nęcąca, tym bardziej, że na początku VisitAarhus nam jej odmówiło, ale po zażaleniu u lokalnego polityka i jej interwencji, się łaskawie zgodziło na testową sprzedaż dwa razy (na 26 statków, ale zawsze!). Potem się okazało, że mogłyśmy tam być od popołudnia, nie od rana (czyli nie cały dzień), kiedy przypłynął statek, ale to szczegół. W tzw. praniu okazało się też, że jak jest gorąco na zewnątrz, to w kontenerze jest sauna i nie ma czym oddychać, albo, że jak turyści widzą, że na zewnątrz pod namiotami jest targ z rękodziełem, biżuterią i innymi manualnie wykonanymi przedmiotami to przegapiają sklep z pamiątkami w kontenerze, który stoi do targu plecami.



IMG_0306_2.jpg


Pytacie, czemu nie sprzedawałyśmy pamiątek na tym targu? Nie miałyśmy zgody stowarzyszenia, które ten handel tam prowadzi od zawsze, czyli zapewne od czasów Wikingów. I tu w zasadzie leży ten słynny pies pogrzebany. Bo nawet jak jakąś zgodę dostałyśmy, to ją uzyskiwałyśmy po setkach mejli, spotkań, polowania na wpływowe osoby. I po miesiącach takich zabiegów.

Przed samym sezonem też się okazało, że dostałyśmy zgodę na sprzedaż uliczną z pojazdu. Pojazdem tym jest rower z przyczepką dostawczą, czyli coś w stylu składanego łóżka na chodniku. Zgoda jest na dwa lata. Za ustawową ilość koron duńskich. Kupiłyśmy przyczepkę. Prezes firmy wykonał blat, który się na niej montuje, tak żeby można było pokazać asortyment. Też się cieszyłyśmy z tego sukcesu, bo nawet można powiedzieć, że jesteśmy matkami tej opcji dla sprzedaży pamiątek w Aarhus. Od zeszłej jesieni za tym chodziłyśmy i pisałyśmy do ratusza, do działu techniczno-środowiskowego i do tych, co rządzą miastem. Bo do tej pory ta forma sprzedaży była zarezerwowana dla napojów i przekąsek. Więc jakby nie spojrzeć, następny sukces!



_MG_5968_2.jpg


IMG_0528.JPG


IMG_0582-1.jpg


IMG_0583.JPG


IMG_0588.jpg



IMG_0591.jpg


Znowu, w tzw. praniu okazało się, że sprzedaż z przyczepki rowerowej w Danii to wyzwanie i czasem walka z wiatrakami. Pierwszym wiatrakiem są ograniczenia w samej licencji na sprzedaż, a konkretnie mapa miasta, pokazująca gdzie można stać. Otóż stać można tam, gdzie nie ma turystów. Miejsca popularne dla turystów, np. cały deptak, przy dworcu, przy ratuszu i muzeach, Dzielnica Łacińska są zabronione. Aż dziw, że plac przed katedrą czy miejsce przy DOKK1 są dozwolone. Dlatego stoimy głównie na tym pierwszym.

Następny wiatrak to reakcje turystów. W tym roku to są głównie Hiszpanie, Włosi, Francuzi. Sprzedaż z roweru to dla nich temat na zdjęcie, coś śmiesznego, nawet z nami pozują. Wątpią, czy to w ogóle legalne. Niemcy zdają się szukać właściwego punktu informacji turystycznej, bo w Niemczech w każdym pipidówku takowy punkt jest, razem ze sklepem pamiątkarskim. Zatem też nie traktują nas poważnie. Ostatnia grupa to Duńczycy, głównie z Aarhus, którzy taką sprzedaż traktują normalnie, podchodzą odważnie, mówią, że czytali o nas artykuł, że popierają i w ogóle to pøj pøj (good luck) - tylko w porównaniu z pierwszymi grupami raczej nic nie kupują, raczej wezmą ulotkę, bo jak mówią: ‘My, Duńczycy nie kupujemy pamiątek z Danii, a w ogóle to jesteśmy z Aarhus’. Tak, że tego, jak mawia Agnieszka.



Screenshot 2016-06-21 10.56.31.png


Ostatni wiatrak to pogoda. Lato do Danii na razie zawitało na początku czerwca (ciepłe dni, że sandałki można było założyć, ludzie chodzili na plażę, w ciepłe wieczory można było posiedzieć na balkonie). Potem, czyli od połowy czerwca było już tylko na przemian deszczowo, wietrznie, albo deszczowo i wietrznie. W takiej pogodzie sprzedaż na chodniku to koszmar. Albo zwiewa wszystko ze stoliczka, albo pada na asortyment, albo jedno i drugie. Więc cały czas trzeba się czaić i w razie deszczu wszystko zakrywać, albo zwiewać do pasażu.



IMG_0530.jpg


No i jeszcze to, że większość czasu trzeba tym wszystkim zarządzać samotnie. Koleżanka wspólniczka albo zajęta, albo na wakacjach z rodziną (lipiec to przerwa w duńskich szkołach), więc trzeba prosić znajomych, żeby przyszli popilnować przyczepki i wtedy skoczyć do toalety w katedrze albo po kawę do 7/11.

Są też pozytywy. Pamiątki sprzedajemy. Ktoś o nas napisał artykuł widząc nas pod katedrą. Sklepy, np. duża księgarnia zrobiła w końcu zamówienie, bo turyści byli niezadowoleni, że im wciskają pamiątki z Kopenhagi albo ogólnie-duńskie. Rozdajemy ulotki. Widzą nas. Jakby nie było stajemy się częścią Aarhus. Na pohybel tym, co nam kłody pod nogi rzucają. Albo piasek w oczy. Jak mawia Młynarski: robimy swoje. A że wszystko tu idzie powoli? No cóż, tak już mają w Danii. Przyzwyczaiłyśmy się.


Monday, May 16 2016

Barwy ochronne czyli idzie wiosna

Już dawno zrobiłam te zdjęcia, to wrzucę na post, co se będę żałować.

Zdjęcia są z początku wiosny, teraz już jesteśmy na półmetku tej pięknej pory roku.

Kolory wiosenne w tym małym skandynawskim kraju jak widać iście wiosenne - szary, beżowy, czarny, grafitowy i pudrowy. Wszystkie sklepy lansują te same zestawienia, nikt znowu nie będzie się wyróżniał, i w ogóle - może sobie ponosić kolory z jesieni 2015 albo zimy 2011. Były dokładnie takie same. Tu się raczej tylko cudzoziemcy wyróżniają. Nie boją się kontrastowych barw i kolorowych wzorów.

Znajoma Japonka, rysowniczka ma stronę ze swoimi rysunkami na fejsie. I ma taką historyjkę obrazkową: rozmawia z rodziną z Japonii przez telefon i tamci mówią - przyślemy trochę ciuchów Twojej duńskiej rodzinie. Jakie fasony, kolory lubią? Odpowiedź - przyślijcie rzeczy w jakie ludzie ubierają się na pogrzeby. Reakcja duńskiej rodziny po przyjściu paczki - świetne ciuchy, super, szał!



IMG_2929.jpg



IMG_2930.jpg



IMG_2933.jpg



IMG_2937.jpg



IMG_2938.jpg



Podobnie jest z urządzaniem wnętrz. Wszyscy mają te same białe lampy, szare sofy, plakaty w ramach, które stoją, nie wiszą i zero zasłon w domu.Załączam zatem jeszcze kilka fot z wizyty w siedzibie firmy odzieżowej BESTSELLER, też sobie urządzili biurowiec w skandynawskim, chłodnym stylu. Obowiązkowe szarości, drogie materiały, przestrzeń.



IMG_5176.JPG



IMG_5179.JPG



IMG_5181.JPG



IMG_5183.JPG



IMG_5188.JPG



IMG_5191.jpg



IMG_5196.JPG



IMG_5204.JPG






Sunday, February 21 2016

Danish time...

Ostatni raz tak się czułam w Afryce Zachodniej. Mawiają tam: African time, sister (or brother), African time. Znaczy to po prostu, że w tym miejscu na kuli ziemskiej, gdzie nie istnieją rozkłady jazdy czy godziny otwarcia i zamknięcia, a słowa deadline jeszcze nie wynaleziono, dana rzecz zdarza się jak przyjdzie na to czas, kiedy autobus zapełni się do ostatniego miejsca, właściciel sklepu do niego przyjdzie, a urzędnik w urzędzie znajdzie i podpisze nasz wniosek.


To uczucie, zapomniane, irytujące i naprawdę w żadnej mierze nieoczekiwane, dopadło mnie w raju. Według niektórych - w raju, konkretnie w Danii. Gdzie podobno miało nie być biurokracji, urzędy miały sprawnie pracować, a decyzje łatwo miały być podejmowane.


Akurat. Nie wierzcie w takie bajki. Może tak jest w Szwecji, ale na pewno nie w Danii. Zaniechawszy poszukiwania stałej pracy pasującej, jak to się mówi, do mojego profilu, założyłam tu w zeszłym roku z koleżanką własną firmę. Jak roboty nie ma, to trzeba sobie miejsce pracy stworzyć. Proste jak drut. Przy okazji dowiedziałam się, że procentowo dwa razy więcej obcokrajowców niż tubylców prowadzi w Danii własny interes. Firma o nazwie Urban Code IVS (to ostatnie to rodzaj firmy) powstała 18 września 2015. Założyć firmę w Danii to pikuś, trzeba przyznać. Można to zrobić przez internet, wypełniając aplikację i dołączając pliki z dokumentami, skanami dokumentów itede. Na koniec rejestracji wniosku system podaje Twój REGON firmowy i informuje, że firma już istnieje. I firma zostanie wpisana do europejskiego systemu firm watowskich w okresie do 7 dni. A to akurat było dla nas ważne, bo produkcja odbywa się za granicą Danii, w UE. Po tygodniu nie było nas w tym systemie. Po dwóch też, ba, nawet po czterech jeszcze nas nie wpisali. Po napisaniu kopy mejli, w końcu pod koniec października znaleźliśmy się w systemie.


Teraz firma jest na etapie dystrybucji artykułów (tzw. pamiątek miejskich) do sklepów. W międzyczasie dwa sklepy na placu przy katedrze, które miały taki asortyment zlikwidowano, a prestiżowy sklep muzealny zażyczył sobie akceptacji projektu (naszego, autorskiego) przez Elafura Eliassona, bo jego instalacja artystyczna była inspiracją. Jego biuro berlińskie odpowiadało na mejla przez miesiąc, a potem prestiżowy sklep muzealny popadł w śpiączkę i powtórnie umówił się na spotkanie z nami w przyszłym tygodniu. Aż dziw, że udało nam się w międzyczasie sprzedać parę rzeczy bezpośrednio i znaleźć dwa sklepy w Aarhus, które już sprzedają nasze artykuły z pierwszego zamówienia.


Ale większość czasu to czekanie na odpowiedzi na mejle (5% ludzi odpowiada), albo powtórne ich pisanie. To spotkania wyznaczane na za dwa, albo trzy tygodnie. To wizyty w hotelach, sklepach, firmach. To grzebanie w internecie. To siedzenie na firmowym fejsie, czy stronie internetowej. To wymyślanie nowych projektów, całe to twórcze napięcie tak pięknie pokazane w Mad Menach, tak bliskie przecież polskiej naturze, która pozwala nam na szukanie nowych rozwiązań tam, gdzie pojawia się przeszkoda (a to ważna cecha w przedsiębiorczości). Bo przecież jak drzwi zamknięte, to można spróbować wejść oknem.


Dlatego wybaczcie, że nie piszę w miarę regularnie bloga. Ten post jest głównie dla tych, których nie ma na fejsie. Żeby też wiedzieli, że moje dziecko, Urban Code, zaraz skończy pół roku. A do poczytania i pooglądania więcej tu:


urban code website


Oraz tu (blogi prowadzone przez tutejszych internationals, wybaczcie ich angielski):


From a linguist to a business partner


Aarhus Explorers & more


No i w prawdziwej gazecie:


Guider viser Aarhus frem paa 7 forskellige sprog


- page 1 of 16