Ostatni raz tak się czułam w Afryce Zachodniej. Mawiają tam: African time, sister (or brother), African time. Znaczy to po prostu, że w tym miejscu na kuli ziemskiej, gdzie nie istnieją rozkłady jazdy czy godziny otwarcia i zamknięcia, a słowa deadline jeszcze nie wynaleziono, dana rzecz zdarza się jak przyjdzie na to czas, kiedy autobus zapełni się do ostatniego miejsca, właściciel sklepu do niego przyjdzie, a urzędnik w urzędzie znajdzie i podpisze nasz wniosek.


To uczucie, zapomniane, irytujące i naprawdę w żadnej mierze nieoczekiwane, dopadło mnie w raju. Według niektórych - w raju, konkretnie w Danii. Gdzie podobno miało nie być biurokracji, urzędy miały sprawnie pracować, a decyzje łatwo miały być podejmowane.


Akurat. Nie wierzcie w takie bajki. Może tak jest w Szwecji, ale na pewno nie w Danii. Zaniechawszy poszukiwania stałej pracy pasującej, jak to się mówi, do mojego profilu, założyłam tu w zeszłym roku z koleżanką własną firmę. Jak roboty nie ma, to trzeba sobie miejsce pracy stworzyć. Proste jak drut. Przy okazji dowiedziałam się, że procentowo dwa razy więcej obcokrajowców niż tubylców prowadzi w Danii własny interes. Firma o nazwie Urban Code IVS (to ostatnie to rodzaj firmy) powstała 18 września 2015. Założyć firmę w Danii to pikuś, trzeba przyznać. Można to zrobić przez internet, wypełniając aplikację i dołączając pliki z dokumentami, skanami dokumentów itede. Na koniec rejestracji wniosku system podaje Twój REGON firmowy i informuje, że firma już istnieje. I firma zostanie wpisana do europejskiego systemu firm watowskich w okresie do 7 dni. A to akurat było dla nas ważne, bo produkcja odbywa się za granicą Danii, w UE. Po tygodniu nie było nas w tym systemie. Po dwóch też, ba, nawet po czterech jeszcze nas nie wpisali. Po napisaniu kopy mejli, w końcu pod koniec października znaleźliśmy się w systemie.


Teraz firma jest na etapie dystrybucji artykułów (tzw. pamiątek miejskich) do sklepów. W międzyczasie dwa sklepy na placu przy katedrze, które miały taki asortyment zlikwidowano, a prestiżowy sklep muzealny zażyczył sobie akceptacji projektu (naszego, autorskiego) przez Elafura Eliassona, bo jego instalacja artystyczna była inspiracją. Jego biuro berlińskie odpowiadało na mejla przez miesiąc, a potem prestiżowy sklep muzealny popadł w śpiączkę i powtórnie umówił się na spotkanie z nami w przyszłym tygodniu. Aż dziw, że udało nam się w międzyczasie sprzedać parę rzeczy bezpośrednio i znaleźć dwa sklepy w Aarhus, które już sprzedają nasze artykuły z pierwszego zamówienia.


Ale większość czasu to czekanie na odpowiedzi na mejle (5% ludzi odpowiada), albo powtórne ich pisanie. To spotkania wyznaczane na za dwa, albo trzy tygodnie. To wizyty w hotelach, sklepach, firmach. To grzebanie w internecie. To siedzenie na firmowym fejsie, czy stronie internetowej. To wymyślanie nowych projektów, całe to twórcze napięcie tak pięknie pokazane w Mad Menach, tak bliskie przecież polskiej naturze, która pozwala nam na szukanie nowych rozwiązań tam, gdzie pojawia się przeszkoda (a to ważna cecha w przedsiębiorczości). Bo przecież jak drzwi zamknięte, to można spróbować wejść oknem.


Dlatego wybaczcie, że nie piszę w miarę regularnie bloga. Ten post jest głównie dla tych, których nie ma na fejsie. Żeby też wiedzieli, że moje dziecko, Urban Code, zaraz skończy pół roku. A do poczytania i pooglądania więcej tu:


urban code website


Oraz tu (blogi prowadzone przez tutejszych internationals, wybaczcie ich angielski):


From a linguist to a business partner


Aarhus Explorers & more


No i w prawdziwej gazecie:


Guider viser Aarhus frem paa 7 forskellige sprog