A tymczasem w Danii...

To content | To menu | To search

Tag - Hadsten

Entries feed - Comments feed

Wednesday, December 12 2012

Julekalender czyli oh, it's hard to be a nissemand...

Motto: Det er en mørk og stormfuld aften...

IMG_0520.jpg.scaled.1000.jpg
Jak wiadomo, Dania - podobnie zresztą jak większość rzeczy w życiu - jest przereklamowana, ale tym trafiła w dziesiątkę. Jest to Julekalender i mówię to właśnie teraz, bo jest grudzień, mocno znacząca data zresztą - 12.12.12 - i przede wszystkim adwent, a to ma duży związek z dzisiejszym tematem. Oczywiście Julekalender to po prostu kalendarz świąteczny, czy też adwentowy, dziś przede wszystkim znany z wersji dla dzieci, gdzie za numerkiem od 1 do 24 schowana jest czekoladka. Podobno te tradycyjnie, które przyszły z Niemiec były papierowe i za okienkami były wierszyki albo sentencje, dopiero później zaczęto robić te ze słodyczami, czy małymi podarunkami, ale kto to dzisiaj wie, chyba tylko wikipedia - http://en.wikipedia.org/wiki/Advent_calendar
Jak, po raz wtóry, wiadomo, ja zagorzałym fanem słodyczy nie jestem, skupię się zatem na tym, co lubię i na co natknąć się może każdy odwiedzający Danię w okresie przedświątecznym, kto choć raz włączy telewizję. Jest to Julekalender, szczególny serial, mający emisję raz w roku, od 1 do 24 grudnia i traktujący o świętach Bożego Narodzenia. Dziś w zasadzie każdy kanał ma co roku nowy, własny serial, który codziennie w grudniu gromadzi tysiące widzów. Pierwszy duński Julekalender, Historier fra hele verden, był wyświetlany w 1962 roku! Mija więc 50 lat i moim zdaniem większość europejskich telewizji spokojnie mogłaby skopiować ten pomysł i produkować własne. Historyjka bowiem ma być rozpisana na 24 krótkie odcinki, wykorzystująca temat świąteczny - choinki, święty Mikołaj, renifery, nisser, śnieg itepe, bohaterowie mają mieć różne, nawet dramatyczne przygody, ale wszystko ma się kończyć pozytywnie, w wigilię zresztą. Proste jak drut! Najpopularniejsze seriale tego typu w Danii gromadzą ponad milion widzów przed telewizorem, zatrudniają znanych aktorów i są naprawdę śmieszne.
Kultowym i powtarzanym kilkakrotnie w adwencie jest Julekalender z 1991 roku. Moim zdaniem absolutny hit w monty-pythonowskim stylu. Wymyślony i grany przez trzech duńskich muzyków kabaretowych De Nattergale, z których każdy ma podwójną rolę w serialu (nisse - duńskiego skrzata, płatającego figle w świątecznym czasie, oraz stereotypowego Duńczyka, oczywiście przerysowanego do granic możliwości).
Skrzaty mówią zbitką angielskiego i duńskiego, mieszając obie gramatyki, słownictwo i składnię, co daje duży element komiczny ( pełen opis: http://en.wikipedia.org/wiki/The_Julekalender ). W pewnym momencie, wskutek stresu i urazu jeden ze skrzatów zaczyna mówić tylko po niemiecku, co już zupełnie prowadzi do absurdalnych sytuacji. Ponieważ twórcy to muzycy nie obywa się bez piosenek, które podobnie jak całą fabułę zna każdy Duńczyk, np.:
It's hard to be a nissemand:
Snitt a little bittle:
The Støvle Dance:
W tym roku oglądam go po raz drugi (pierwszy raz w grudniu 2011), z tą różnicą, że teraz przynajmniej co nieco rozumiem. Poza tym oglądamy dwa inne - Julestjerner, typowo familijną produkcję - http://www.dr.dk/DRPresse/Artikler/2012/11/16/134352.htm i Jul i kommunen, o urzędzie gminy i burmistrzu małego miasteczka, zadufanym w sobie dupku - http://www.dr.dk/DRPresse/Artikler/2012/11/19/094218.htm
Na koniec tylko powiem, że innym kalendarzem, który swego czasu zrobił na mnie wrażenie jest Bomberos Bilbao, o którym wiedzą tylko wtajemniczeni. Ale to już, jak mawiał Kipling, całkiem inna historia...
I już zupełnie na koniec jeszcze powiem: Wesołych świąt i Glædelig Jul!

IMG_0522.jpg.scaled.1000.jpg

wycinanka z tańcem dookoła choinki


IMG_0525.jpg.scaled.1000.jpg
Nisse!

IMG_0527.jpg.scaled.1000.jpg

Julestjerner, håndlavede stjerner, osv....


IMG_0533.jpg.scaled.1000.jpg

Ta ostatnia niedziela w den Gamle By.....

Wednesday, May 9 2012

Było sobie muzeum. Tu i tam.

Mój niedzielny post zamiast elegancko się zapisać na blogu, poszybował w siną dal i słuch po nim zaginął. Szlag mnie trafił, w takich momentach kopnęłabym ten cały internet w dupę. Ale zostawiam to Amalowi jak jeszcze raz mi to zrobi. On to zrobi profesjonalnie i raz na zawsze z wrodzonym sobie wdziękiem.

Niedzielny post był o wydeptywaniu tych samych ścieżek po raz n-ty, o powrotach w te same miejsca i przeżywaniu tego samego w kółko. Był o zachwycie architekturą (głównie współczesną), sztuką przez małe i duże S i umiłowaniu rzeczy ładnych i estetycznych - jeszcze najlepiej w dobrym towarzystwie. Był, krótko mówiąc, o moich ulubionych w Europie muzeach. I jeszcze, że czasem do nich chodzę, do jednego częściej, do drugiego rzadziej, nad czym boleję, ale odległość trochę duża. Wszyscy wiedzą, że moje najulubieńsze muzeum to Muzeum Guggenheima w Bilbao. Jak to mawiamy w towarzystwie wzajemnej adoracji - Guggi. Może zresztą mówimy Gugghi, żeby był większy lans. Co do małego rysu historycznego nt. jego powstania, powiem tylko, że otwarte w 1997 roku przez 15 lat działalności przyniosło miastu kupę kasy, zwróciło się po trzech, przyciągnęło inne inwestycje, jednym słowem powstał 'efekt Bilbao' - z szarego zadupia, dokąd jeździło się na rebajas do Corte Ingles i na Gran Via, Bilbao zmieniło się w dynamiczne, nowoczesne miasto przyciągające rocznie masy turystów. Muzeum. Zaprojektował je Frank Gehry, to jeden z szatańskich pomysłów miasta. Kontrowersyjny dla jednych, wielbiony przez innych architekt zaproponował w centrum miasta, nad rzeką ogromny srebrny budynek, który żadnej ściany nie ma prostej i jest podobny do żaglowca, za co zebrał masę krytyki od mieszkańców, którzy stwierdzili, że budynek jest brzydki, niepasujący do tkanki miejskiej, za drogi i co tam jeszcze. Postawienie przed wejściem do muzeum rzeźby Jeffa Koonsa - Puppy skłoniło ich jeszcze do porównania całości do budy dla psa. Dziś Guggi jest przedmiotem zazdrości wielu miast. Jedyną wadą jest zakaz robienia zdjęć wewnątrz budynku.
1291.JPG Fot.1. Muzeum Guggenheima dumnie rozpościerające się nad Nervionem.


1208.JPG
Fot.2. Puppy przed budą

1252.JPG
Fot.3. Ohydny pająk - dzieło jakieś francuskiej artystki. Co zrobić, taka jest sztuka nowoczesna.

1234.JPG
Fot.4. Muzeum w promieniach zachodzącego słońca.Co tu dużo gadać, za każdym razem kiedy zbliżam się do Bilbao od strony lotniska autobusem numer (hmm, pomocy….), dreszcz mnie przeszywa jak wreszcie je widać, jak mruga znad rzeki tą swoją srebrzystością wśród czerwonych dachów Bilbao….
Drugie muzeum jest bardzo blisko mojej bieżącej lokalizacji, konkretnie 20 kilometrów. Chodząc do/ze szkoły czasem przez nie przechodzę, bo ma dwa przeciwległe wejścia, używam tej drogi jako skrótu, jak się dobrze rozpędzę mogę nawet zahaczyc o sklep, który juz sam w sobie jest dość ekscytujący. Jak większość sklepików w muzeach zresztą. A jak już jestem w szkole, to Aros widać przez okno naszej sali. Proszę bardzo:

IMG_0037


Fot.5. Aros z Lærdansk na Vestergade.Aros jest trochę młodszy od Guggiego, projekt duńskich architektów wygrał konkurs w 1997, muzeum otwarto w 2004 roku i do niedawna nie miał jeszcze tęczowego tunelu na szczycie, więc bryła wyglądała dość nudno:

IMG_3875.JPG
Fot.6. Tęcza w budowie, luty 2011.Na szczęście Olafur Eliasson, artysta z Islandii, ten od słońca w Modern Tate, zaprojektował the Rainbow Panorama i można popatrzeć na Århus we wszystkich kolorach tęczy i na cztery strony świata.

zolta.JPG

niebiesko.JPG
Fot.7,8. Tęcza w całej okazałości dzięki uprzejmości internetu.
Na stronie internetowej Aros widać, że jest to jedna z największych atrakcji muzeum, co komentuje dyrektor placówki (proszę kliknąć w movie):http://en.aros.dk/Co do wnętrza, zamysłem projektantów było, by przypominało kręgi piekła - pięter jest dokładnie dziewięć plus taras. Spiralnymi schodami można zejść z nieba (tęczy) do piekła, albo odwrotnie. Na każdym piętrze czają się wystawy, a na najniższym, które nazwano 9 Spaces w kilku pokojach ulokowano instalacje znanych artystów, wśród których te autorstwa Pippilotti Rist i Olafura Eliassona podobają mi się najbardziej. Tak wygląda poziom czwarty muzeum, środek od którego się zaczyna wycieczkę po galerii:http://aarhus.arounder.com/en/city-tour/inside-aros-aarhus-museum-of-modern-art.htmlA klatka schodowa przypomina też fasadę Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, jak zauważył Bratt:

IMG_0394.jpg

Fot.9. Aros wewnątrz, grudzień 2011, dzięki uprzejmości Bratta.Bardzo mi się podoba, że wszędzie można robić zdjęcia, dlatego poniżej jeszcze kilka zdjęć tutejszych atrakcji.

IMG_0387.JPG

Fot.10. Boy, niektórzy histeryzują jak go zobaczą, jego realność przeraża.

IMG_0381.JPG

Fot.11. Słońce Olafura Eliassona, niestety już wyjechało.

Til_Asia_07_2011 1167.jpg

Fot.12. Instalacja Eliassona z wiszących luster, na razie jej nie ma, ale podobno muzeum ją kupiło….

greenfog.jpg

Fot.14. j.w., instalacja FOG, ale też podobno kupiona, może był tilbud!

IMG_0059.JPG

IMG_0051.jpg

Fot.15,16. Tony Oursler, wystawa FACE, do lata mniej więcej.

IMG_0113.JPG

IMG_0117.JPG

Fot.17,18. Obrazy z wystawy MODERNISM, też czasowej.


IMG_0144.JPG

Fot.19. I na koniec mój ulubiony obraz z wystawy prezentującej duńskie malarstwo do II wojny światowej. Ekspozycja stała. I na zupełny koniec dodam jeszcze, że w ubiegłym roku Aros było na drugim miejscu odwiedzanych muzeów w Danii. Po Luisianie. Tak więc - daje radę, panie dziejku, daje radę.



Tuesday, February 14 2012

Co kraj, to obyczaj.

''Nine out of ten Danish workers are 'satisfied' or 'very satisfied' with their working conditions.''

''33% of Danish homes have at least five rooms.''

''Three out of four Danish adults with children claim to be very satisfied with their work-life balance.''

''Almost every Danish woman with children enjoys some kind of recreational activity at least twice a week.''

'' The Danes live comfortable and safe lives - and time and time again, Denmark is nominated the world's happiest nation.''

To wprowadzenie to tylko małe fragmenty z rozczulającej mnie broszury informacyjnej o Danii, którą dostałam niedługo po przyjeździe tutaj w biurze Workindenmark. Lubię do niej zaglądać. Lubię ten ton samozadowolenia, niczym nie zachwianego optymizmu i przekonania, że oto jestem w najwspanialszym miejscu na ziemi. Jak większość rzeczy w życiu, nawet ta broszurka okazała się przereklamowana, spodziewałam się tego dość szybko. Oczywiście, prawie każdy Duńczyk, i Dunka (jestem w końcu w kraju, w którym panuje daleko posunięte równouprawnienie), sprawiają wrażenie ludzi szczęśliwych ze swojej sytuacji. Trudno się dziwić. Zarabiają o wiele, wiele więcej niż reszta Europy, bezrobocie jest niskie, opieka nad rodziną taka jak w najdzikszych snach, opieka zdrowotna, edukacja, innowacyjność też podobno jedne z najlepszych, itede itepe. Tych mniej zaradnych życiowo szczodrze wspiera państwo, a to dodatkowymi szkoleniami, praktykami, kursami, zasiłkami. I na dodatek wszyscy taktowni, uprzejmi, mili. Ale wracając do sedna - nic nie jest doskonałe, wszędzie zdarzają się osobliwe, zaskakujące rzeczy. W tym poście zamierzam zamieszczać zdjęcia rzeczy, które mnie tu zaskoczyły. Rzeczy inne. Bezsensowne. Zadziwiające. Śmieszne. Zwariowane. Będę go poszerzać, dodawać fotki w miarę penetracji tego obszaru i inwigilacji mieszkańców.

1) OKNO (et vindue)

IMG_0316.jpg

Jak widać, otwiera się je na ZEWNĄTRZ. Pół biedy, jak się mieszka na parterze, ale jak je umyć, jak się mieszka wyżej i nie ma do nich dostępu od balkonu? Nic to. Mamy tu dwa takie okna. Bez dostępu. Bez możliwości umycia z zewnątrz. Będę prowadzić obserwację, kiedy zabrudzą się tak bardzo, że trzeba będzie wybić szybę. W międzyczasie przyszło mi do głowy, że to świetny sposób na obniżenie stopy bezrobocia. Takie okna. Muszą powstać firmy, które je będą myć.

2) SMOCZKOWE DRZEWO (et suttetræ)


Image.jpg

Stoi przy wejściu do centrum handlowego w okolicy. Chodzimy tam do supermarketu Superbest. Na drzewku wiszą dziecięce smoczki. Dużo smoczków. Używanych, czasem z karteczkami. Kim wyjaśnił mi, że jak dzieciak jest już na tyle duży, żeby się go pozbyć, komisyjnie się go tam wiesza (smoczka, nie dzieciaka). Takie pożegnanie smoczego etapu. Rytuał przejścia.

3) ŁYŻECZKA PHILIPA STARCKA W PIERWSZEJ KLASIE DSB (Teskeer på DSB 1' er designet af Philippe Starck)


IMG_0343.JPG

Pierwsza klasa Duńskiej Kolei Żelaznej to luksus. Kawa,herbata i woda butelkowana w dowolnych ilościach, przekąski typu owoce, ciasteczka, orzeszki i czekoladki po okazaniu biletu, gazety i magazyny do czytania. Internet. Wygodne siedzenia i stoliczki. Ale najważniejsze są te plastikowe łyżeczki do gorących napojów. Zaprojektowane przez Starcka. Złote. Robią wrażenie. Aha - mają jeszcze jego noże. Podają rano do śniadania. Bo wtedy w cenie biletu pierwszej klasy jest też śniadanie.

4) LAMPY (lamper)

IMG_0479.jpg IMG_0480.JPG IMG_0481.jpg

Tak, to było lekkie zdziwienie, kiedy zobaczyłam to po raz pierwszy. Dania słynie z fajnych mebli, lamp i ogólnie dodatków do mieszkania. Prostota, lekkość, design z jajem. No i te lampy.... A raczej kable. Nie schowane, ale powiązane w przedziwne supły pod sufitem. Zastanawiające....

5) WAKACJE (sommerferie)

Jedno z pierwszych duńskich wyrażeń, które należy wykuć to 'slappe af' czyli wypoczywanie, relaksowanie. Duńczycy mają zagwarantowany 37-godzinny tydzień pracy, jak maja odebrać dzieci z przedszkola, nikt się nie krzywi, że wychodzą wcześniej, zazwyczaj mają przerwę na lunch, itd. No i latem oczywiście każdy ma prawo do wakacji, wyjazdów i urlopu w tym najlepszym czasie na naszej szerokości geograficznej. No i całe biznesy zamykają się z trzaskiem na tydzień albo dwa. I nikogo to nie dziwi, ani nie oburza. Nalepią kartkę na knajpę i hola do ciepłych mórz. Albo dają uprzejme ogłoszenie do prasy.


IMG_0189.jpg IMG_0212.jpg

I jakoś ten kraj się nie wali, ani nie drży w posadach. Wręcz przeciwnie!

To be continued

- page 1 of 3